Hmmm... I co by tu napisać, żeby nie skłamać? Może to, że znów dane będzie nam utłuc tysiące wrogo nastawionych Genma? A może to, że po raz kolejny zasysać (?) będziemy setki tysięcy (ba, miliony!) kolorowych duszyczek? Pewnie wiecie też, że i tym razem czeka nas szukanie wszystkich sekretów... Powiem wprost - Onimusha powróciła, zmieniona (choć nie do końca na lepsze), ze zdwojoną siłą uderzyła po raz kolejny (choć to nie kontynuacja, o nie!)... i nadal rządzi.
Wita nas śliczne intro (i tak, warto wspomnieć na początek o intrze;), choć już nie tak genialne, jak to z Demon Siege. Zaraz po obejrzeniu kilku wstawek wkraczamy do akcji. Znajdujemy się w mieście zaatakowanym przez demony, naszym zadaniem oczywiście jest wytłuc je wszystkie, a zaraz potem zniszczyć pewnego boss'a (fachowe wykonanie). Pierwsza misja jest dość krótka i stanowi pewnego rodzaju samouczek - zapoznajemy się z nową mechaniką i podstawowymi zagraniami, a także z nowym bohaterem...
Najnowsza odsłona serii wrzuca nas w buty niejakiego Soki'ego... "zaraz, zaraz - czego?" - odezwie się lud. Ano Soki'ego właśnie, żadnego Samanosuke, żadnego Jubei. Tym razem pod naszą opiekę trafia zupełnie nieznajoma dla serii postać. Wielu przeszkadza brak starych, znajomych samurajów, psioczą na wrzucenie do gry blond bishonena, którego towarzyszem jest... dzieciak zawieszony do góry nogami na jakimś sznurze, owinięty w pieluchę (ech, Japonia).
Po jakimś czasie gry zdążycie się jednak do Soki'ego przyzwyczaić i może nawet polubić. Nasz wojak swych trosk i smutków sam jednak zatapiać nie będzie (w sensie zatapiania ostrzy we wrogach:). Pomocną dłonią, a czasem nawet dwiema i solidnym kopniakiem posłużą mu cztery różne postacie. Młodziutka Jubei Yagyu, walcząca dwoma mieczami; Ohatsu - wybranka serca Sokiego, używająca broni palnej; Roberto - pięściarz o hiszpańskich korzeniach, posiadający nadludzką siłę; Tenkai - tajemniczy mnich, torujący sobie drogę przy użyciu długiej włóczni (potrafi też rozmawiać ze zmarłymi! ;)
Na każdą misję, bo tak podzielona jest gra, zabrać będziemy mogli tylko jednego z wyżej wymienionych towarzyszy. Warto się zastanowić, kogo wybierzemy i wcześniej opracować strategię, by maksymalnie zoptymalizować działanie naszego duetu. W czasie misji przy specjalnych punktach możemy oczywiście zmienić przyjaciela, czasem będzie to nawet konieczne. Między dwoma postaciami (Soki + aktualnie wybrana) możemy się dowolnie przełączać. Podczas gdy my przejmiemy całkowitą kontrolę nad jedną, drugą pod swą pieczę weźmie komputer. Możemy nadal jednak wydawać jej proste polecenia (np. nakazać odpoczywanie i blokowanie wszystkich ataków, zbieranie latających tu i ówdzie orbów lub atakowanie "pełną parą", przy ograniczeniu defensywy do zupełnego minimum), czy też używać przedmiotów adekwatnych do sytuacji. Zabity towarzysz wraca po jakimś czasie do życia, niestety martwy Soki = game over. Dość często pomoc drugiej postaci okaże się wręcz niezbędna i bardzo ułatwi nam walkę. W grze znajdą się również specjalne (dość proste) łamigłówki w miejscach, gdzie potrzebna będzie pomoc towarzysza.
Mechanika... uległa dużej zmianie w porównaniu do poprzednich odsłon. Przede wszystkim cały system jest znacznie bardziej rozbudowany, bohaterowie posiadają szerszy wachlarz ciosów i umiejętności (opisanych dodatkowo punktami, tradycyjnie im wyższa wartość, tym lepiej; zwiększenie liczby punktów w danej zdolności może również odkryć następne), mają własne statystyki (ich rozbudowanie to nadal niestety poziom pierwszego lepszego action RPG, jednak jest dobrze), mogą levelować. Istotnej przemianie poddane zostały isseny, tudzież critical hits'y - wystarczy teraz nacisnąć "trójkąt" (tracimy część MP) i do oporu naparzać "kwadrat", kręcąc przy tym lewą gałką analogową, by pozbyć się w szybkim czasie paru oponentów. Prawda, jest znacznie łatwiej, ale i same isseny straciły przy tym na swej mocy. Opanowanie wszystkiego do perfekcji będzie wymagać jednak wielu treningów. System walki, zarówno jak i cała gra, jest bardzo grywalny i w sumie nieskomplikowany, co zaczynającym przygodę z Onimushą może bardzo ułatwić sprawę.<!--pagebreak-->
I w tej części możemy ulepszać bronie i zbroje dzięki zdobytym duszyczkom. Różnica jest taka, że tym razem każda broń ma nie trzy, a dziesięć poziomów (wraz z rozwojem oręż zyskuje nowe własności). Jest ich teraz także o wiele więcej. Opancerzenie możemy natomiast podnieść do setnego poziomu, tyle tylko, że mamy je jedno, co w sumie nie stanowi takiego wyzwania. Mamy także możliwość założenia naszej postaci różnorakich pierścieni, amuletów lub naszyjników o określonych właściwościach (jedne podniosą nam wartość ataku, inne zmniejszą koszt użytkowania magii). Nie można ich ulepszać.
Ekwipunek kupimy w sklepie, znajdziemy w skrzynkach lub otrzymamy za wykonanie któregoś ze specjalnych zadań
, tzw. Test of Valor, polegających np. na zabiciu określonego Genma w określonym czasie lub wykonaniu "iluś tam" criticali. Wspomniałem o skrzynkach - zapewne pamiętacie, że aby otworzyć część z nich, trzeba rozwiązać jakąś łamigłówkę? Podobnie jest i tym razem, jednak teraz można również skrzynkę zwyczajnie roztrzaskać, ale w takim wypadku musimy uzyskany przedmiot zidentyfikować w sklepie, co wiąże się z dodatkowymi kosztami. Kolejny pozytyw tej gry to znane i lubiane Dark Realm. Tym razem ma ono aż 100 poziomów! Jeśli będziecie więc chcieli posiąść najlepszy ekwipunek w grze, to pewnie spędzicie tu ogrom czasu. Z początku trochę denerwował mnie poziom trudności gry - miało być hardcore'owo, miało być o wiele trudniej. Tymczasem na Normalu gra nie sprawiła mi jakiś poważniejszych kłopotów. Na szczęście na Hard jest już mniej wesoło, ale można go dopiero odblokować po jednokrotnym przejściu gry (na Normalu). Jakkolwiek to co dla jednych stanowi wadę, innym jawi się jako zaleta.
Wrażenia wizualne... hm, a co tu niby pisać? Pieści oczy rozdziałka i wszechobecne fajerwerki, jest naprawdę całkiem konkretnie. Kolorystyka jest bardzo soczysta, po dłuższej zabawie może to nieco męczyć oczy. In plus wypada również design (choć nie dla wszystkich), typowo japoński, należy wspomnieć. Muzyka, jak to Capcomowa muzyka - trzyma poziom, czasem można się nawet zachwycić. Nie jest to jednak dzieło pokroju tego, czym uraczyć nas może Uematsu lub Soule. Co najważniejsze, nie przeszkadza,
a jedynie umila czas spędzony z grą. I dobrze.
Jeśli masz za sobą poprzednie części Onimushy, najnowsza odsłona na pewno przypadnie Ci do gustu. Gdzieś po drodze uciekły elementy survival-horror, klimat uległ zmianie, jednak to nadal rozrywka na najwyższym poziomie. Czas gry bije na głowę poprzednie części, jeśli zechcecie odkryć wszystkie sekrety i poznać wszystkie ukryte smaczki gry, zajmie Wam to jakieś 50 (!) godzin (warto też wspomnieć o tym, że Dawn of Dreams zajmuje aż dwie płyty DVD), a nawet więcej. Coś wspaniałego. Capcom po raz kolejny pokazał klasę. I to w jaki sposób! Aż strach się bać na myśl o czwartej części Devil May Cry. Dawn of Dreams, choć nie jest bezpośrednią kontynuacją, to i tak zwyczajnie rządzi. Brać.




Delicious
StumbleUpon
Reddit
Facebook
Wykop.pl
Gwar.pl