Niespełna rok temu wydanie God of War 2 było symbolicznym pożegnaniem PlayStation 2, wypieranego przez nowszą stacjonarkę od Sony. Kratos nieźle dał nam wtedy po twarzy, oferując nieziemską oprawę audiowizualną i całą masę gameplayu najwyższej próby. Zgodnie z utartą już tradycją, w myśl której większość konsolowych hitów japoński gigant stara się przenosić na mieszczącą się w naszych dłoniach PlayStation Portable, bóg wojny kilkanaście dni temu zawitał na nowo w świecie wirtualnej rozrywki. God of War: Chains of Olympus, czyli miniaturyzacja jednej z najgłośniejszych i najlepszych serii gier wszechczasów, która pomimo bardzo krótkiego stażu może już bez wahania przyoblec miano kultowej. Nie będę Cię, drogi czytelniku, trzymał w niepewności, czy mydlił Ci oczu tekścikami pokroju „czy przenośny GoW rzeczywiście jest genialny? Zapraszam do recenzji, gdzie znajdziesz odpowiedź na nurtujące Cię pytania, bla bla” – uderzamy od razu z grubej rury: bóg wojny właśnie dostąpił nowego tytułu – bóg PSP. Miażdży. Od pierwszej do ostatniej chwili.
Recepta na sukces była tylko jedna i odpowiedzialni za Chains of Olympus panowie z Ready at Dawn zdawali się ją znać doskonale. Jedynie przeniesienie na mały ekranik tego, co oczarowało większość posiadaczy czarnulki – czyli porywającej oprawy graficznej, klimatycznego soundtracka oraz soczystego gameplayu – mogło sprawić, że wersja dla PSP nie będzie odstawać od dwóch pierwszych części serii. O dziwo plan został wykonany w 100%, dlatego też już po paru minutach na twarzy każdego, kto miał wcześniej okazję obcować z Kratosem, wymaluje się piękny uśmiech. Koniec jednak z ogólnikami – zajmijmy się szczegółowym opisem każdego z ważniejszych elementów, bo wbrew pozorom jest tutaj nad czym się rozwodzić.
Ten years earlier…
God of War: Chains of Olympus jest prequelem do pierwszych dwóch części gry, dzięki czemu nareszcie gracz ma okazję uzyskać odpowiedzi na
wiele nurtujących pytań, które zrodziła wielowątkowość fabuły w jedynce i dwójce. Historia rozpoczyna się w Attyce – greckim mieście obleganym przez wojska perskie, wspierane – żeby było pikantniej, no i żeby Kratos się nie nudził – przez Bazyliszka. Pierwsza misja pełni rolę małego tutoriala dla nowicjuszy, bo doświadczeni w serii gracze od razu poczują się jak u siebie w domu. Po udanym wyczyszczeniu ulic miasteczka z plugastwa Duch Sparty zauważa dziwne zjawisko, po którym cały świat powleka gęsta, czarna mgła. Jak się okazuje, porwano boga słońca – Heliosa – a reszta olimpijskich cwaniaczków po raz kolejny obiecuje Kratosowi przebaczenie grzechów z przeszłości w zamian za pomoc. „Biedna dola rzeźnika” – myśli sobie największy brutal tamtych czasów i nie bez wątpliwości znów rusza do boju, pełen nadziei na pozbycie się nocnych koszmarów.
Nadgarstek zaboli nie raz…
Sterowanie nie uległo zbytnio zmianie od czasów God of War 2. Rozłożenie przycisków jest identyczne – kwadratem wyprowadzamy lekki atak,
trójkąt odpowiada za mocniejszy cios ostrzami, kółkiem łapiemy przeciwników i najczęściej rozrywamy ich na dwa krwiste kawałeczki, natomiast X służy do skakania. W późniejszych etapach gry podczas walki trzeba też nagminnie korzystać z obu triggerów. Z uwagi na brak drugiej gałki analogowej w PSP troszkę inaczej prezentuje się sprawa uników, ale po kilku minutach ich wykonywanie nie sprawia problemów – ot, wystarczy przytrzymać przyciski L i R, a wtedy grzybek zmienia swoją funkcję i Kratos zamiast biegać przetacza się na boki, skutecznie wymijając wymierzone przez przeciwników ciosy. Nie ma jednak rzeczy idealnych i feler musiał się zdarzyć, tym bardziej zresztą, że God of War na krzyżaku to przecież nie God of War. Do poruszania się przeznaczony jest jedynie analog, co w połączeniu z jego – nie owijajmy w bawełnę – co najwyżej przeciętną wygodą użytkowania w PSP oraz niesamowitym natężeniem akcji w grze skutkuje bólem palców i nadgarstków.
Mechanizmy gry także nie przeszły metamorfozy. God of War: Chains of Olympus to dalej znana z konsoli stacjonarnej przeplatanka widowiskowych walk, krwawych QTE oraz logicznych zagadek. Kratos niszczy każdego, kto stanie mu na drodze za
pomocą dwóch ostrzy na łańcuchach, a za pokonanych wrogów otrzymuje czerwone orbsy, wymieniane następnie na wyższe levele umiejętności i czarów. Nie zabrakło również zielonych i niebieskich kuleczek, przywracających odpowiednio zdrowie i manę, a także oczu gorgon i piór feniksa, których odpowiednia ilość permanentnie wydłuża pasek życia/energii. Przeważająca większość ataków wyprowadzanych śmiercionośnymi ostrzami chaosu to powszechnie znane sekwencje, w związku z czym cieszy fakt, że Ready at Dawn pokusiło się o umieszczenie całkiem nowych umiejętności dodatkowych. Nie będę tutaj nic zdradzał, bo nie ma ich zbyt wiele i jedynie popsułbym niespodziankę, bądź też przypadkowo przyspoilerował w kwestii fabuły, bo jak to już w God of War bywa, nabywanie zdolności wiążę się ze spotykanymi w grze postaciami. Wszystko sprawdza się genialnie, na PSP przeniesiono calutką esencję grywalności, która przykuwała do TV na tak wiele godzin. Tutaj należą się ogromne brawa…
…a w kwestii bossów już nieco mniejsze. Chociaż grzechem byłoby stwierdzenie, że Chains of Olympus cierpi na syndrom jedynki, gdzie po napotkanej na początku Hydrze następnym mocnym madafaką był dopiero końcowy przeciwnik, to ilością mocarnych bestii jestem nieco rozczarowany. W pierwszym etapie faktycznie dostajemy niezłego gonga za sprawą Bazyliszka, ale później praktycznie nic się nie dzieje aż do połowy gry! Na pocieszenie dosyć często pojawiają się stworki pokroju cyklopa, które prezentują wyższy poziom trudności niż najzwyklejsze mięcho armatnie i można je nawet wykończyć całkiem efektownymi QTE. To jednak nie jest to, na co tak bardzo liczyłem po kilkukrotnym ukończeniu dema, szczególnie jeśli pod uwagę wziąć poniższy akapit.
Już koniec?
God of War: Chains of Olympus to z technicznego punktu widzenia chyba najbardziej zaawansowana gra, jaką widziało PSP – mnóstwo szczegółowych tekstur, spore połacie terenu, idealnie wykonane lokacje. Doliczamy do tego rozmiar dysku UMD, czyli około 1,8 GB i… zonk – kieszonkowe przygody Kratosa można ukończyć na „normalnym” poziomie trudności w 6 godzin! I nie mam tu bynajmniej na myśli speedruningu,
ale przechodzenie gry w przeciętnym tempie, z wieloma niepowodzeniami, kilkukrotnym powtarzaniem połowy QTE i momentami zawieszki przy puzzlach. Nie miałem czasu bawić się na poziomie „God”, ale z przeprowadzonego w Internecie wywiadu wynika, że wymasterowanie całości zajmuje nie więcej niż 10-12 godzin. Weźmy pod uwagę, że przechodzenia gry na tak hardkorowym trybie podejmie się niewielu. 200 złotych (bo mniej więcej tyle God of War: Chains of Olympus będzie kosztował w Polsce) za 5-6 godzin zabawy? Cena na pozór całkowicie nieadekwatna, ale pragnę zwrócić uwagę na jedną malutką sprawę – otrzymujemy 360 minut genialnej rozrywki, porywających walk i ogólnie samego miodu, bez miejsc na nudę i sztuczne przedłużacze. Zawsze uważałem, że lepiej dostać na talerzu mięsko najlepszej jakości i skonsumować je oblizując na koniec palce, niż wydłubywać przez dłuższy okres każdy malutki kąsek spośród niejadalnych kości i niesmacznego tłuszczyku. To już jednak kwestia gustu i indywidualnych przekonań…
Gałki oczne poza orbitami
Krótki czas gry wiąże się z niesamowicie zaawansowaną grafiką – bez najmniejszego wahania ogłaszam, że God of War: Chains of Olympus to najpiękniejsza produkcja, jaką PlayStation Portable miało w swojej paszczy oznaczonej literkami UMD! Dopracowane w najmniejszych szczegółach
lokacje, tekstury w świetnej rozdzielczości, genialne animacje postaci, cienie, efekty świetlne – całość robi piorunujące wrażenie i nie pozwala uwierzyć, że to, co właśnie trzyma się w rękach, to nie jest malutki wyświetlacz LCD podłączony do PlayStation 2. Tak tak, Łańcuchy Olimpu tylko minimalnie ustępują pod kątem oprawy graficznej pierwszej części serii. Każda lokacja została wykonana z odpowiednim kunsztem, architektura budowli i modele przeciwników, jak i samego Kratosa to dalej ten sam artyzm, którym zachwycaliśmy się na czarnuli. Nie zabraknie walk toczonych na otwartych placach, gdzie na horyzoncie widać morze usłane statkami Persów, Kratos nie omieszka też zwiedzić bogatych w detale wnętrz świątyń i wielu innych miejscówek, których design nie pozwala oderwać od siebie wzroku. Niewiarygodnym jest więc, że GoW: CoO śmiga przez cały czas bez najmniejszego zająknięcia czy spadku framerate’u. Nie zauważyłem ani jednego dropa animacji, i co najważniejsze – żadnego loadingu! Pomijając cut-scenki, nie ma momentu wytchnienia, czy też jak kto woli nudnego śledzenia pasku postępu. Kratos wyciska jednak z PSP siódme poty, przez co standardowa bateria o pojemności 1800 mAh starcza na zaledwie 3 godziny szpilania (w wersji FAT, na Slimie nie miałem okazji testować).
Krwawy klimat gry potęguje stylowa muzyka – poziom został zachowany, orkiestrowe brzmienia odpowiednio nastrajają do walki czy też informują o tym, że większej ilości przeciwników na danym obszarze nie napotkamy i bez wahania można udać się do skrzyni z zielonymi orbsami. W nagrywaniu kwestii udział wzięli Ci sami aktorzy, którzy pracowali przy dwóch pierwszych odsłonach serii – tradycyjnie wyszło znakomicie, znajome głosy Kratosa oraz pani narrator dają radę po raz kolejny ;)
Przygoda godna boga
Kij tam z krótkim czasem rozgrywki, prądożernością i małą liczbą subbossów – God of War: Chains of Olympus kosi równiusieńko, niczym stojąca
w moim garażu i czekająca na pierwszą wiosenną trawkę spalinówka Husqvarny. Podczas procesu miniaturyzacji hack'n'slash z Kratosem w roli głównej nie stracił nic ze swojego uroku, dalej bawi jak cholera i dostarcza niezapomnianych wrażeń dzięki intensywnej akcji i zapierających dech w piersiach efektach wizualnych. To najpiękniejsza gra na PlayStation Portable i nie zmieni się to raczej do końca egzystencji tej kieszonsolki (no chyba, że Ready at Dawn bądź inne studio zabierze się za drugą część kieszonkowego God of War, kto wie…). Warto polecić każdemu, nawet jeśli na dźwięk słowa „mitologia” odpowiada wdzięcznym karpikiem (przed chwilą nawet mój kochany kuzyn, który z konsolami ma do czynienia tyle, co ja z szyciem, niemalże doznał orgazmu przy GoW). Prawdę powiedziawszy zakupiłem handhelda od Sony głównie dla tej gry. I wiecie co? Nie żałuję ani trochę. Bon apetit!




Delicious
StumbleUpon
Reddit
Facebook
Wykop.pl
Gwar.pl