Gdy pierwszy raz ujrzałem Xboxową wersję Gears of War pomyślałem sobie, że to kolejna gra, która gdyby trafiła na PeCety, mimo swojej hitowej przeszłości okrzyknięta zostałaby średniakiem jakich na tej platformie mamy na pęczki. W wielu przypadkach konwersje tego typu nie oddają tego, co można odczuć grając w dany tytuł na konsoli. Co prawda zdarzają się konwersje takie jak Chronicles of Riddick, ale w większości podobne są one do takich mutantów jak Resident Evil 4 (pierwsza wersja konwersji, jeśli ktoś wie o czym mówię). Więc jakim tytułem jest Gears of War w wersji na PC? Świetną konwersją, jakich chcielibyśmy więcej? Czy może nieudanym gniotem?
Ale po kolei. Na GoWa wyczekiwałem długo i z utęsknieniem. Czas ten umilali mi fani konsoli Microsoftu, którzy to
wykrzykiwali na wszystkie strony, jaki to będzie crap w wersji na PC, że sterowanie to tylko na padzie, że wielkie wymagania sprzętowe i w ogóle kicha. Jednak już po kilku miesiącach oczekiwania doczekałem się blaszkowych Gearsów. Niestety, gra przy pierwszym podejściu zabiła mi typowo PeCetowego ćwieka. Cały program potrzebował 12GB wolnej przestrzeni dyskowej, akurat to jakoś przebolałem i wygrzebałem kapkę takowego na dysku, na którym przetrzymuje gry. Niestety prawdziwy problem rozpoczął się gdy gra poinformowała mnie, że mimo, iż posiadam 12GB na dysku z grami to i tak potrzebuje z jakichś dziwnych powodów 9GB wolnego miejsca na dysku systemowym
tylko na czas instalacji gry. Niestety tutaj nie było już tak prosto znaleźć to wolne miejsce, na całe szczęście po kilku godzinach udało się. Tak więc, nad uruchomieniem gry spędziłem jakieś 3 godziny co jest wynikiem niezadowalającym. Jak zapewne wszyscy wiedzą GoW należy do gatunku strzelanek TPP, gdzie trup ściele się gęsto a krew dosłownie ścieka po ekranie (kocham piłę łańcuchową :-)). Nie będę się tutaj za bardzo rozwodził nad ścieżką fabularną gry, bo i nie ma nad czym. Historia w Gearsach jest prosta jak drut. Gdzieś na dalekiej planecie Sera (szkoda ze nie kiełbasy :P) były sobie ludzkie kolonie, które toczyły ze sobą wiele wojen wynikających z kryzysu energetycznego. Na całe szczęście (albo i nieszczęście) odkryto pokłady Imulsji, substancji, która miała być lekarstwem na kłopoty dręczące ludzkość. Niestety, jak to zwykle bywa, natura ludzka dała o sobie znać i ponownie doszło do wojny. Tym razem homo sapiens tłukli się właśnie o owe
odkrycie, które miało przynieść pokój. Jednak w trakcie bratobójczych waśni stało się coś tak okropnego, że wszystkie walczące ze sobą nacje musiały się zjednoczyć. Nastał dzień wynurzenia (E-day). Spod powierzchni planety wypełzła nowa, dotąd nieznana rasa, którą ludzie ochrzcili jako szarańcze. Mieli ku temu powód. Bestie w bardzo krótkim czasie wybiły większą część populacji planety. Homo sapiens posunęli się do drastycznego kroku, jakim było użycie dział orbitalnych. Mieli nadzieję, że niszcząc całą powierzchnię Sera (wiem, głupio to brzmi :P) zniszczą jednocześnie szarańczę. Tak się niestety nie stało. My jako gracz wcielamy się w Marcusa Fenixa – żołnierza legendę i byłego skazańca, który teraz zostaje przywrócony do czynnej służby. Jak już mówiłem, scenariusz nie jest zbytnio skomplikowany, ale ważne, że jest i ciągnie całość przez następne 10 godzin gry w trybie single-player.
Bo sama w sobie rozgrywka jest genialna! Tak intensywna i miodna, że trudno mi ją porównać pod tym względem do jakiegoś innego tytułu. Ale, że co w niej jest niby takiego wspaniałego? Biegamy sobie po dość małych (nie klaustrofobicznych) lokacjach,
kryjąc się za różnego rodzaju przeszkodami. Przylepić się możemy prawie, że do każdej powierzchni i prowadzić z tak ufortyfikowanego miejsca wymianę ognia. W sumie nie ma tutaj nic odkrywczego i nie będę pisał o jakiejś przełomowości. Gears of War to po prostu świetnie wykonany pod względem gameplay’u shooter TPP. Poza tym cała otoczka i panujący w grze klimat trzymają nas kurczowo przed monitorem. Niby poruszamy się po zniszczonej kolonii na odległej planecie, ale tak naprawdę przypomina ona bardziej coś na kształt zdemolowanego Londynu, dlatego też gra nie jest tak odrażająco futurystyczna. Do tego dorzućmy wygląd postaci. Bohaterowie to wielcy mięśniacy, obici w ciężkie zbroje z gigantycznymi giwerami, które wyposażone są w wielkie piły łańcuchowe. Wiem, że powinno znaleźć się to przy opisie grafiki, ale nie mogę się powstrzymać, gdyż elementy te składają się na ten wspaniały,
przytłaczający klimat Gears of War. Skoro zacząłem mówić już o gameplay’u to powinienem powiedzieć też coś o różnicy sterowania. Standardowo w grze przecież steruje się padem, na całe szczęście w PeCetowych Gearsach zaimplementowano możliwość gry myszą i klawiaturą. Zrobiłem swoiste porównanie. Wpadł do mnie znajomy ze swoim Xboxem 360, dzięki czemu miałem możliwość pogrania za pomocą standardowego kontrolera i przyznać muszę, że jest on mniej wygodny i bardziej toporny. Po 15 minutach spędzonych z blaszkową wersją gry, ów znajomy również potwierdził, że za pomocą myszki i klawiatury gra się wygodniej i bardziej intuicyjnie, a przyznać muszę, że niejedną nockę zarwał on przy Xboxowych Gearsach. Do tego dorzućmy, że PeCetowa wersja gry jest dłuższa o jakieś 2 godziny. O ile wcześniej narzekać można było, ze tryb single-player trwa niespełna 8 godzin, tak teraz wydłużony został przez kilka nowych poziomów nawet do 10 godzin. A przyznać trzeba, ze nowe levele wypełniają swego rodzaju pustkę, którą odczuć można było po ukończeniu gry na Xbox 360.
Oczywiście poza trybem single-player, mamy także możliwość gry z innymi graczami przez Internet. I tutaj pojawia się kolejna wada, która również była na konsoli Microsoftu. Żeby grać przez sieć trzeba mieć aktywne konto Games for Windows LIVE, a
usługa ta tak samo jak i Xbox LIVE niestety nie jest jeszcze dostępna na terenie Polski. Dlatego też, żeby pograć sobie z innymi fanami Gearsów, musiałem założyć konto Silver na brytyjskiej stronie LIVE. Gdy pierwszy raz zagrałem w tryb multi, w mojej głowie zabrzmiało „Eeee… nic nadzwyczajnego, czym się Ci konsolowcy tak podniecali?”, ale im dłużej grałem tym więcej się uczyłem i tym bardziej mnie to wszystko wciągało. PeCetowy multi również jest bogatszy od tego, który znajdziemy w Xboxowej wersji gry. Dodano nam jeden dodatkowy tryb rozgrywki zwany „Król Wzgórza” i trzeba o nim powiedzieć, że jest naprawdę dobry. Polega on na przejmowaniu i bronieniu pojedynczego punktu na mapie, co nie jest wcale takie proste, a przynosi masę frajdy. Dorzućmy do tego możliwość przechodzenia gry w kooperacji z innym człowiekiem siedzącym po drugiej stronie kabelka. Po prostu miodzio!
Jak już wcześniej wspominałem, miałem możliwość porównać komputerowe GoW z jej starszą konsolową siostrą, dzięki uprzejmości kolegi który przybył do mnie z Xboxem 360. Jako że posiadam w domu dwa identyczne monitory LCD Hyundai L72D, postanowiłem również porównać grafikę w obu wersjach programu. I przyznać muszę, że ponownie ed
ycja PC wypada lepiej. Komputerowe Gearsy testowałem na komputerze wyposażonym w procesor Pentium D 950 (2x3GHz), GeForce 8600GT oraz 3GB pamięci RAM. Gra w takiej konfiguracji sprzętowej chodzi płynie w maksymalnych detalach i w rozdzielczości 1280x1024 (natywna dla mojego monitora). Porównując grę komputerową z wersją konsolową można zauważyć drobne różnice, takie jak lepsze tekstury, ładniejsze cienie czy bardziej intensywna kolorystyka. Blaszakowe Gears of War jest po prostu bardzo dobrze zoptymalizowane, za co chylę czoła przed polskim zespołem People Can Fly, który to zajmował się przenosinami gry na komputery osobiste. Również i dźwięk należy do tych z wysokiej półki. Może dialogów nie ma zbyt wiele, bo w sumie przez większość czasu mamy do czynienia ze zgrają wielkich osiłków, którzy nie znają się zbytnio na patetycznych przemówieniach, za to wiedzą jak podciąć kreaturze gardło, tak, żeby krew tryskała jak najdalej. Poza tym muzyka, która pogrywa w tle nie należy do tych, które wpadają jednym uchem i wypadają drugim. Jest monumentalna i świetnie wpasowuje się w klimat gry, zagrzewając nas do dalszego boju.
Gears of War mo
że i nie ma wielkich lokacji, nie jest wybitnie długa (single) i nie przynosi nam przełomowych rozwiązań, których nigdzie wcześniej dotąd nie było. Jednak ma w sobie to coś i wciąga niczym maszynka do mielenia mięsa. Rozgrywka jest niesamowicie miodna i intensywna, dzięki czemu przykuwa do monitora na wiele długich godzin. Do tego dodać trzeba, że PeCetowa konwersja programu jest bardzo udana i to, co oglądaliśmy do tej pory na Xboxie 360 mogę nazwać jedynie kastratem, w porównaniu do tego, czym uraczyli nas ludzie z People Can Fly. Naprawdę warto zakupić!
Za udostępnienie gry do testów dziękujemy firmie CD Projekt!




Delicious
StumbleUpon
Reddit
Facebook
Wykop.pl
Gwar.pl