Fabuła. Paradise City to miasto, które na rajskie z pewnością nie wygląda. Przyznajmy szczerze – ów metropolia to kolebka wszelakich przestępstw, patologii i brudnych interesów. Policji tu nie ma, a nawet jeżeli jest, to jakoś nigdy w czasie mojego urzędowania przy monitorze nie raczyła ruszyć tyłków z komisariatu i zająć się wszechobecnymi strzelaninami. Dodatkowo włada nią jakaś mroczna siła, z którą związana jest pewna szajka. To właśnie szefa ów organizacji musimy wyeliminować. Oczywiście nie musimy robić tego sami – do wynajęcia mamy paru typków spod ciemnej gwiazdy i od groma słabiutkich szumowin. Ale, ale – kim pokierujemy my? Sirius Games oddało do naszej dyspozycji trzech zbrodniarzy. Pierwszy z nich to Nick Porter – niemłody już, ale wciąż wyborowy strzelec. Do pracy zaciągnął go – tak jak pozostałe dwie postacie – agent NSA, Jeffrey Kovacs. Porter jest bowiem byłym rabusiem, który z premedytacją dokonywał napadów nawet nie dla pieniędzy, lecz po to, aby sprawdzić, czy da sobie radę. Kiedy osiadł na laurach, żyjąc z kasy z napadów, zgłosił się do niego wyżej wymieniony ważniak i dał mu ultimatum – albo wraca do Paradise City i robi porządek z wszędobylską zgnilizną moralną, albo do końca życia będzie oglądał świat zza kratek. Drugi charakter, którym przyjdzie nam pokierować, to Angel Vargas – dziewczyna ze zdegenerowanej rodziny, która na swój byt zarabiała jako uliczny wojownik. Ponieważ jej bliscy przymierali głodem, Angel kradła czasami rzeczy, które innym były
zbędne. Za swą działalność trafiła do więzienia, gdzie zabiła współlokatorkę. Gdy została skazana na krzesło elektryczne, pojawił się Kovacs i uwolnił ją w zamian za pracę u boku Nicka. Ponieważ kobiecie jeszcze nie chciało się opuszczać tego łez padołu, podpisała umowę. Ostatni z bohaterów to Borys Chekov – w przeszłości skorumpowany urzędnik, który łapówki uznaje za dodatkowe dofinansowanie, teraz – pod groźbą ujawnienia światu jego przewinień – wtyczka NSA. W przeciwieństwie do pozostałych, ten facet nigdy nie był dobry w walce wręcz, a pistoletami posługiwał się ospale i mimo, że mógł nim ubić praktycznie każdego rzezimieszka, kosztowało go to dużo zdrowia. Dlatego też ma swych sługusów u boku, którzy mogą za niego umrzeć. Sam Chekov raczej stoi z tyłu (nic zresztą dziwnego – jest szerszy niż wyższy i nie wyobrażam sobie go tłukącego rywali sierpowymi), gromiąc przeciwników swoją Benettą. Widzicie więc, że jakaś tam historia jest, mimo, iż wiele osób potrafiłoby wymyślić dużo lepszą. Nie lejąc dalej wody – przejdźmy do rozgrywki.
Na samym początku chcę ostrzec wszystkich, że Escape from Paradise City jest niesamowicie monotonne i ci, którzy liczą na zróżnicowane i ciekawe misje srodze się zawiodą. Gdy po kilku godzinach grania przyjrzałem się okładce, przeczytałem, iż „mam przejmować dzielnice, nie zapominając, jaki jest prawdziwy cel mojego pobytu w Rajskim Mieście”. Ja natomiast czuję dokładnie na opak – fabuła jest tu tylko przykrywką do obijania buziek napotkanym gangsterom i opanowywania kolejnych obszarów zamieszkanych przez szumowiny i bandytów. Nasza przygoda jest podzielona na kilkanaście rozdziałów i ogranicza się do zadań typu zastrasz szefa konkretnego terenu, ochraniaj jakiegoś ważniaka lub zamorduj pewną osobę. Każde z wyzwań jest dosyć długie (no, oprócz pierwszych trzech rozdziałów), a przez to również nudne. Mnie odechciało się grać po dwóch godzinach i tylko redaktorski
obowiązek sprawił, iż pudełko z płytą nie wylądowało na Allegro. Jedną z głównych przyczyn tego stanu rzeczy jest to, iż developer z połączenia RTS, TPP, gry akcji i RPG zrobił coś na wzór hack'n'slasha. Tak, nie wytrzeszczajcie oczu – EfPC emanuje prostotą i w tym przypadku nie jest to komplement. Gdzie nie pójdziemy, natkniemy się na jakichś przeciwników, czasami wpadniemy w zatarg z jakąś większą grupką bandziorów, a w końcu obijemy maskę bossowi. Cały potencjał został zmarnowany, gdzie tu taktyka? Gdzie chociażby gramy myślenia? Przez wszechobecne podpowiedzi tytuł ten staje się bardzo łatwy. Nawet przy zadaniach dodatkowych mamy jasno zaznaczone, kogo mamy odszukać i zabić. Szkoda, że Sirius Games nie dorobiło jeszcze szlaczków, którą drogą najlepiej pójść.
Na czym generalnie polega cały system? Po wczytywaniu (dosyć długim, co czasem działa na nerwy) i pobieżnym zapoznaniu się z celem naszej wycieczki do Paradise City i ew. przejrzeniu szybkiego filmiku wprowadzającego zostajemy wrzuceni wprost w tętniącą życiem metropolię. Ponieważ nie mamy ograniczeń czasowych możemy pójść, gdzie chcemy i nabić troszkę punktów doświadczenia. Zdobywa się je za pomocą wygrywania pojedynków lub wykonania dodatkowego zadania – w gruncie rzeczy wychodzi na jedno, gdyż ów zadanie zazwyczaj polega na zabiciu jakiegoś ważniaka. Ponieważ istnieją maksymalne levele dla każdego z etapów, to, czy zabijemy sto osób, czy pięćset, nic nam nie da. Nie wiem, co komu przeszkadza to, że zrobię sobie dziesiąty poziom w pierwszym rozdziale, ale widocznie twórcy mają jakiś powód, aby wstrzymywać rozwój postaci. Ale właściwie po co ją rozwijać? Niby dzięki temu dostajemy jakieś punkty umiejętności, ale jest to niepotrzebne. Drzewko możliwości może i jest nieźle rozbudowane, ale większość zawartych tam skilli jest bezużyteczna. Oprócz paru smaczków, takich jak na przykład granaty czy powstrzymanie krwawienia nie ma nic, co dałoby nam przewagę nad rywalami. Czyli na minus zapisujemy, że nie dość, iż produkcja jest łatwa, to jeszcze niektóre jej aspekty są dodawane na siłę.
Samo rajskie miasto może i jest duże, ale nużące przeokropnie. Budynki są bardzo do siebie podobne i nie można do nich wchodzić, może oprócz meliny bossa i sklepów z bronią lub barów. Boiska do koszykówki, garaże, opustoszałe place z walającymi się śmieciami i szwendającymi się tu narkomanami dają nastrój przygnębienia, lecz nawet niezły klimat miejscówek nie zdoła zmienić mojej opinii co do tego tytułu. Zaobserwowałem też ciekawą rzecz, chociaż szczerze mówiąc – wolałbym jej nie oglądać. Otóż w swojej kryjówce szef dzielnicy ma dwa pokoje – jeden, w którym przez cały czas rezyduje, i drugi, kompletnie nieużywany. Przez przypadek wpadłem kilka razy do ostatniego pomieszczenia, czy to w ramach walki z szychami całego terytorium, czy też po prostu w celach czysto ee... turystycznych. I co? Otóż każda z takich siedzib wygląda dokładnie tak samo
! Nawet przedmioty przez cały czas się powtarzają. Dlatego, aby uniknąć takich rozczarowań, nie penetrujcie dokładnie chałup przeciwników. A właśnie – przeciwnicy. Oni także nie zaliczają się tu na plus. Przede wszystkim - w kółko obijamy te same gęby! Naliczyłem zaledwie paręnaście, a może i mniej, modeli gangsterów. Szlag człowieka trafia, gdy widzi, że strzela do niego ten sam koleś, którego w ciągu ostatnich kilku minut posłał do piachu ze trzy razy. Przecież to już nie brak profesjonalizmu, ale olewanie klienteli. Zostawmy jednak biednych producentów w spokoju, ponajeżdżam na nich jeszcze potem. W każdym razie, gdy już pokonamy takiego koleżkę, upada on (o technice szmacianej lalki mowy oczywiście nie ma) i zostawia pod sobą kałużę krwi, my natomiast możemy go ograbić z kosztowności, które ma przy sobie. Zazwyczaj są to dolary, czasem narkotyki, ale niekiedy przyjdzie nam przeżyć prawdziwy szok, kiedy dowiemy się, że nasz umarlak ma w kieszeni alkohol. To jeszcze można by było przełknąć, gdyby nie to, iż jest to alkohol w kieliszku. Sytuacja dosyć śmieszna, ale z pewnością nie powinna się zdarzyć w porządnej grze, którą Escape from Paradise City miało być. Oprócz tego czasami paru zakapturzonych facetów pilnuje też jednej lub więcej walizek, której zawartość ogranicza się do tego, co możemy zebrać od zabitych. Aha, tak na marginesie – gdy już okradniemy biedaka, ten uzna, że fajnie by było wsiąknąć w chodnik – co skwapliwie po kilku sekundach czyni. Eh...
Niedopracowane jest także zachowanie przechodniów. Owszem, uciekają, gdy tylko rozlegną się strzały, lecz po skończonej walce wracają do spokojnego spacerowania... wśród martwych ciał i lejącej się krwi! Często też zabawiałem się w śledzenie jednej z przypadkowych osób i zauważyłem, że nie ma ona zazwyczaj konkretnego celu wędrówki. Co prawda wchodzi do baru, lecz nic nie zamawia, a w bankach stoi właściwie tylko jako ozdoba do wnętrz. Udało mi się także zobaczyć, iż ludzie kilka razy zacięli się w ślepych zaułkach, lecz brnęli dalej, najwyraźniej uważając, że ściana ich przepuści. Kolejny bubel – nigdy nikt nie atakuje postaci kierowanych przez komputer, ale gdy tylko zbliżamy się my, od razu zaczyna się pogoń. Szkoda, że Sirius Games nie postarało się o dodatkowe smaczki, takie jak szydzenie lub dokuczanie przez gangsterów z NPC'ów, lecz tego nie można zaliczyć jako błąd.
Niestety, nie macie co liczyć na realizm, tak samo jak na dobrą kamerę. Omówię pokrótce pierwszy punkt: jak już wspominałem, Angel, jedna z naszych
postaci, walczy za pomocą rąk. Na dodatek bez problemu wychodzi z sytuacji, kiedy rywale pakują w nią dwa razy tyle ołowiu, co ona sama waży! Żaden człowiek nie przeżyłby też wybuchu granatu odłamkowego, który wylądował między jego nogami, tymczasem niekiedy gangsterom zostaje po tym jeszcze połowa punktów życia. O co zaś chodzi z kamerą? Mamy co prawda do wyboru dwie i możecie sobie wybrać, która jest dla Was wygodniejsza, lecz w rzeczywistości jest to wybór Hobsona. Tryb numer jeden to widok strategiczny, przy którym widzimy naszego bohatera z oddali i możemy widzieć o wiele więcej. Drugi tryb to widok TPP, czyli z perspektywy trzeciej osoby. Można się wtedy przypatrzeć szczegółowości otoczenia, co nie jest bynajmniej atutem. Obydwie mają jednak te same tendencje do zacinania się na murach lub opuszczania nas w takich momentach, w których najmniej byśmy tego chcieli.
Jeżeli macie jeszcze złudną nadzieję, że Escape from Paradise City wybroni się jeszcze dobrą oprawą audiowizualną, to muszę Wam od razu powiedzieć, że tak nie jest. Podniesie nieco średnią, ale grafika jest naprawdę średniej jakości. Jedynie ładnie wyglądająca zmiana pór dnia może się podobać, reszta jest jak z plackami bananowymi – są, można przeżyć, ale zachwycać się nie ma co. Słabo wyglądają modele rywali i innych napotkanych ludzi, może nieco nadrabiając strawną animacją. Samo Rajskie Miasto to nic, czego nie było w innych grach komputerowych, wszędzie wpadamy na zaniedbane boiska czy puste place. Za mało według mnie jest w nim życia, sprzeczek itp. Po ulicach jeżdżą samochody, lecz mamy tylko parę marek w tych samych kolorach. Poza tym auta zachowują się co najmniej dziwnie – potrafią na przykład wjechać na chodnik bez żadnej przyczyny, lecz gdy tuż przed nim wyjdziemy na pasy, ten dziwnym trafem wyhamuje na czas, mimo, iż normalnie nie miałby na to szans. My niestety nie będziemy mogli jeździć ów pojazdami, lecz Borys ma możliwość wezwania taksówki. Wtedy wybiera miejsce na mapie i ogląda jedynie widok zza okna. Co do błędów, to występują w bardzo dużej ilości, choć nie są zbyt denerwujące – w końcu co komu przeszkadza to, że jakiś facet ma głowę na ramieniu lub przenika przez drugą osobę?
Co do muzyki i odgłosów – może i wkurzają nieco takie sobie dźwięki odpowiadające wystrzałom lub
powtarzające się głosy, ale motyw przewodni jest wprost zaje... no, nie powiem jaki, bo i tak by to ocenzurowali. Szkoda tylko, że posłuchamy go tylko przy menu – gdy zwiedzamy Paradise City, w tle nie leci żadna melodia. Mimo to jest to najmocniejszy punkt produkcji Sirius Games i podnosi dość mocno końcową ocenę.
Niestety, nie miałem okazji przetestować trybu multi – nie dlatego, że miałem problemy z łączem czy czymś podobnym. W EfPC nie gra chyba nikt poza recenzentami, bo serwery wiecznie są puste! To chyba dosyć dobrze potwierdza moją opinię na temat tego „dzieła”...




Delicious
StumbleUpon
Reddit
Facebook
Wykop.pl
Gwar.pl