Electronic Arts lubi wydawać sequele swoich gier. I o ile pierwsza część Bitwy o Śródziemie podobała mi się bardzo, tak po sesji w najnowszego NFS-a zacząłem się zastanawiać, czy aby te sequele na pewno są takie fajne i do drugiej części RTS-owego Lotra podszedłem z dystansem.
Wprowadzenie do gry nie nastroiło mnie pozytywnie. Ileż to widzieliśmy już RTS-ów w stylu Warcrafta? No właśnie. Jest ich na pęczki, a Bitwa o Śródziemie trochę odświeżyła gatunek. Natomiast w drugiej części mamy krok wstecz. Z gry uczyniono bowiem właśnie taki klasyczny, niczym nie wyróżniający się RTS. Czy ktoś mi może powiedzieć, o co chodzi? Dlaczego zdecydowano się na tak radykalne posunięcie, znacznie uwsteczniające rozgrywkę? Do tego dochodzi jeszcze jakże standardowy tutorial w formie typowego samouczka, przez który trzeba się przebijać godzinę, który wcale nie jest ciekawy i który w sumie ciężko ominąć – nawet graczom, którzy grali w „jedynkę” – ze względu właśnie na zmianę charakteru rozgrywki w stosunku do poprzedniej części. Drodzy Państwo z EA – porażka. Po wstępie do gry zacząłem się bać o to, co ta produkcja miała mi zaoferować w kolejnych etapach testów.
Głównym trybem rozgrywki, poza dwoma dostępnymi kampaniami, jest zapowiadana od dawna „Wojna o pierścień” – tryb strategiczny. Jak to wygląda w praktyce? Zaczynamy rozgrywkę na mapie Śródziemia, podzielonej na kilkadziesiąt części. W zależności od ustawień początkowych, do naszej dyspozycji otrzymujemy kilka z nich, po czym możemy zacząć stawianie całej
infrastruktury i budowanie armii. Jeżeli chodzi o pierwszy element – mamy do wyboru 4 dostępne budynki, przeniesione żywcem z kampanii. Możemy sobie zbudować coś takiego na każdym z terytoriów, co znacznie ułatwia obronę w przypadku ataku nieprzychylnej nam armii. Szkoda, że budynków jest tak mało. Kwestia kompletowania naszych wojsk – możemy wysłać je do walki, by zdobyć kolejne tereny lub też po prostu zostawić na miejscu z zamiarem defensywy. Same walki są dość uproszczone. Jeżeli mamy silniejszą armię, wygrywamy automatycznie. Natomiast jeżeli nasze wojska są słabsze, to przechodzimy do zwykłego trybu znanego z kampanii, gdzie już możemy spokojnie „wyrównać straty” w stosunku do przeciwnika. Ogólnie tryb ten jest mało czytelny, nie wnosi nic nowego do rozgrywki i po prostu nie może się równać z konkurencyjnymi tytułami. Szkoda.
Wspominałem wcześniej, że możemy rozegrać dwie kampanie. W drugiej części będziemy toczyć walki o miejsca, o których z książki wiemy, ale nie za wiele. Bardzo spodobało mi się to rozwiązanie, bo odwiedzanie miejsc, które widzieliśmy już w filmie i o których czytaliśmy w książce, wcale nie było najfajniejsze. Tutaj możemy zobaczyć konflikt z nieco innej strony. I tak odwiedzimy choćby Lorien, Rivendell, Dol Guldur, Szarą Przystań, Pałac Thranduila czy choćby Samotną Górę. Niestety, wiąże się też z tym to, że nie spotkamy tutaj bohaterów znanych z książki czy filmu. Nie będzie więc Legolasa, Gimliego, a nawet Gandalfa. Pomimo że niektórym graczom może to zbytnio nie przeszkadzać (w sumie można na to przecież machnąć ręką), to i tutaj nie uniknięto poważnego błędu. Jak wiadomo, w poprzedniej części gry nasza armia przechodziła ze skończonej bitwy do następnej. Tutaj musimy wszystko zaczynać od zera, a przez cały czas towarzyszą nam jedynie bohaterowie. Według mnie rozwiązanie to jest nie dość, że archaiczne, to jeszcze dodatkowo denerwujące.
Kolejnym rozwiązaniem z poprzedniego stulecia jest z pewnością sam charakter rozgrywki. Musimy pobawić się w zabudowę naszego terytorium, tak jak w setkach innych gier tego typu. Wszystko to może bawić, jak zwykle, na początku, ale po pewnym czasie staje się nudne. Chwała EA za to, że nie kazali nam kopać żelaza czy hodować świnek.
Dopiero po odpowiedniej zabudowie i stworzeniu armii, możemy przejść do gry właściwej, czyli do toczenia bitwy. Może denerwować to, że esencja rozgrywki została zepchnięta na drugi plan.
Więc co może przyciągać do drugiej części Bitwy o Śródziemie? Dwa słowa – tryb multiplayer. Gra się w to tak wyśmienicie, że nie sposób nie wybaczyć autorom błędów, które popełnili. Pomimo iż wiele elementów wymaga poprawy, tryb ten w praktyce sprawdza się znakomicie. Zróżnicowanie armii po prostu przytłacza. Można stworzyć wszystko wedle własnego uznania, a w starciu z żywym graczem bawi to o wiele bardziej niż w przypadku opcji single. A co wymaga poprawy? Choćby to, że wynik starcia w dużej mierze zależy od szczęścia. Ot, pierwszy przykład z brzegu – czasem na planszy pojawi się pierścień i w zależności od tego, która z armii go zdobędzie (a jest to bardzo przypadkowe), ta zdobywa naprawdę dużą przewagę. Podobnie jest z mocami bohaterów. Użycie mocy w odpowiednim momencie potrafi przeważyć szalę zwycięstwa.
Cieszy również to, że możemy sobie zbudować własnego bohatera i przydzielić mu różne moce (czasem mocno przesadzone). Używać możemy go wtedy w trybie Open Play, czyli po prostu luźna bitwa dla zabawy. Niestety, możliwości wystawienia go na pole walki nie uświadczymy w trybie Tournament. Czyżby EA zdawało sobie sprawę od początku, że moce są „lekko” przesadzone?<!--pagebreak-->
Pewien powiew świeżości i uzupełnienie gry stanowi dodatek „Król Nazguli”. Otrzymujemy dodatkową kampanię – możemy stanąć po stronie tych „złych”, a co za tym idzie, nowych bohaterów – i nowe jednostki. W dodatku będziemy świadkami dojścia do władzy Króla Nazguli, dominacji nad Angmarem i inwazji na Arnor – czyli również zostaną rozwinięte wątki, o których w książce tylko wspomniano. W nasze szeregi możemy wcielić czarnoksiężnika, który przy użyciu czarnej magii zrówna z ziemią część armii przeciwnika czy choćby Władcę Niewolników, który może przywołać hordę potworów. Poza tym dodatek nie wnosi do rozgrywki nic nowego i dlatego traktowany jest przeze mnie jako uzupełnienie właściwej gry – coś, co powinno znaleźć się w Bitwie o Śródziemie 2 już na samym początku. Cała mechanika rozgrywki nie uległa zmianie. Nie dodano żadnego nowego trybu. Wszystko wygląda praktycznie tak samo jak w „podstawce”.
Graficznie tytuł jest bardzo poprawny i znośny. Nie jest to może szczyt możliwości dzisiejszych komputerów czy konsol, ale nie
jest źle. Nie widać jakichś rażących błędów czy niedoróbek. Można to określić mianem porządnej rzemieślniczej roboty grafików, ale niestety, nic więcej. Podobnie ma się sprawa ze sferą dźwiękową – wszystko brzmi poprawnie, a muzyka buduje klimat toczonych potyczek.
Ciężko mi ocenić Bitwę o Śródziemie 2. Z jednej strony jest to tytuł niedopracowany, a w stosunku do poprzedniej części wręcz uwsteczniony – z drugiej natomiast solidny RTS, który świetnie sprawuje się w Sieci. Odstraszać może trochę cena, jeżeli chcemy mieć podstawę wraz z dodatkiem (a naprawdę warto zaopatrzyć się w taki właśnie zestaw), to musimy wysupłać na wszystko około 200 zł. Przypominam, iż jest to gra na PC, a nie na żadną z konsolę – gdzie taka cena mogłaby nie dziwić. Jeżeli jesteś fanem RTS-ów, a pierwszą część już przeszedłeś, sięgnij po Bitwę o Śródziemie 2. Nie zawiedziesz się, chociaż tak jak mnie, może Ci się wydać ona trochę gorsza od poprzedniczki. Jeżeli natomiast nie miałeś jeszcze styczności z Litrowymi RTS-ami, to najpierw sięgnij po część pierwszą.




Delicious
StumbleUpon
Reddit
Facebook
Wykop.pl
Gwar.pl