W 480r. p.n.e. 300 Spartan odegrało największy i chyba najbardziej bohaterski czyn w całej starożytności. To oni stanęli do walki za wolność własną, jak i całej Grecji. Stawili opór kilku tysięcznej armii perskiej. Król Spartan, Leonidas, wybrał najlepsze miejsce do stawienia oporu tak znacznej sile. Wybrał wąwóz Termopile, gdzie tylko kilku mężczyzn mogło stać obok siebie w pełnym rynsztunku bojowym. Tam nie liczyła się liczebność, ale siła i doświadczenie każdej jednostki. Spartanie dzielnie walczyli i przez kilka dni utrzymywali przeciwników w wąwozie, aż do strasznej zdrady. Jeden z pastuchów, zwykły chłop grecki, wskazał Persom tajemne przejście na tyły armii Leonidasa. Spartanie, choć wiedzieli, że czeka ich śmierć, nie uciekli, nie poddali się. Wszyscy zginęli, broniąc tego, co im drogie – wolności.
Nawet milion Persów nie jest wartych jednego Spartana.
Tak nie tylko prezentuje się historia, ale także opowieść najnowszego filmu, jak i gry zrobionej na jej motywach. Historię poznaliście, na film pójdźcie do kina, lub przeczytajcie jego recenzję w gazecie. Tutaj zajmę się tym co dla nas - graczy najważniejsze, czyli grywalnym kawałkiem kodu. Cała przygoda rozpoczyna się u stóp wspomnianego wąwozu. My jako król Leonidas, stoimy na czele naszej armii, gdy nagle podbiega do nas marny Pers z chęcią zaatakowania przywódcy. Co by nie mówić, Leonidas nie patyczkuje się z wrogiem, gdyż płynnym ruchem ostrza odcina przeciwnikowi głowę, z której zaczyna lecieć
fontanna krwi. My dodatkowo dostajemy piękne zbliżenie na sam korpus bez głowy. MOCNE! I tak będzie przez całą grę. Ostra rzeźnicka młócka. Odczłonkowywanie na każdym kroku! Czasem więcej z przeciwnika fruwa w powietrzu (głowa, ręka), niż pozostaje na ziemi. A wyobraźcie sobie, że wpadacie w tłum pięciu, albo dziesięciu zakapiorów i jednym płynnym ruchem pozbawiacie ich większości kończyn, kończąc w fontannie krwi. Gra jest mocna i na pewno nie przeznaczona dla młodszych graczy. Już sam patent z dobijaniem przeciwnika, czy też wykonywaniem egzekucji jest ostry i dostarczy masę wrażeń.
Jutro o tej porze będziemy ucztować w piekle
300:MtG jest zwykłym slash’erem, czyli tytułem opierającym się na bezmózgiej sieczce wszystkiego co się rusza. Jeśli chcesz potężnej fabuły, z licznymi zwrotami akcji, to źle trafiłeś, jeśli oczekujesz rozbudowanego systemu walki, to też źle trafiłeś. 300 jest grą na wskroś prostą i banalną, opierającą się na schemacie „przejdź z punktu A do punku B, wycinając ile wlezie”. Jeśli do ciebie to nie trafia, zakończ czytanie w tym momencie, jednak jeśli wciągają cię takie tytuły, to zapraszam do dalszej recenzji. Wycinanie musi być ciekawe, dlatego twórcy zadbali o to, żeby za szybko nas to nie znudziło (pomijam teraz kwestię, że gra to marne 5 godzin). I tak udostępniono nam trzy style walki (mieczem, włócznią, oraz dwoma mieczami naraz). Oprócz tego korzystając z pojedynczego miecza lub włóczni możemy zaopatrzyć się w tarczę, która nie tylko ochroni nas przed przeciwnikiem, ale też przyda się do ogłuszenia niektórych delikwentów. Początkowo Leonidas zna tylko podstawowe comba dla każdej z broni, jednak z czasem za zebrane punkty (które dostajemy za zabitych przeciwników – im okrutniejsza śmierć, tym więcej nam
skapnie) wykupimy coraz potężniejsze ciosy, które nie raz potną, lub raczej przetną przeciwnika w pół. Oprócz nowych ruchów do kupienia mamy jeszcze: ulepszoną zbroję, jak i coraz lepsze tarcze, włócznie i miecze, dodatkowo istnieje możliwość ulepszenia samych gniewów (o nich za chwilkę), które zwiększą ich czas trwania, jak i siłę, czy też moc z nich płynącą. W czasie gry będziemy zyskiwać dostęp do coraz to nowych „gniewów”, które skutecznie zwiększą nasze szanse na polu bitwy, jak i umożliwią pokonanie bossów. Gniewów możemy używać dopiero po naładowaniu specjalnego paska, który jak łatwo się domyślić, napełnia się za zabitych przeciwników. Gdy już nam się uda raz go nabić, możemy wyprowadzić jeden z gniewów. Do dyspozycji oddano nam cztery, ale wymienię tylko dwa, aby nie psuć wam zabawy. Pierwszym gniewem jaki dostaniemy jest moc lecznicza (Leonidas wbija miecz w ziemię, wszystko się zatrzymuje, a my odnawiamy nasze siły), drugim jest szał bojowy (zyskujemy potężnego powera, na ekran wrzucony jest wtedy czerwony blur). Pasek, który nabijamy podczas gry nie służy jednak tylko do wyzwalania tych mocy, ale też do wykonania potężnego ciosu daną bronią. I tak pojedynczym mieczem przebijemy przeciwnika parę razy, na koniec sprzedając mu cios tarczą, co dla niego kończy się pewną śmiercią. Włócznią za to wykonamy piękny zamach, dzięki któremu wyzwolimy się z większej grupki wrogów. Muszę wspomnieć, że każda broń ma dwa takie specjale, więc mamy w czym wybierać.
Persowie…
Przeciwnikami w tej grze są Persowie z paroma sojuszniczymi narodami, z których każdy prezentuje inny styl walki, wygląd jak i wytrzymałość na dane ciosy. Zacznijmy od głównego mięsa armatniego, czyli Persów. Występują oni w paru typach, które różnią się zdolnościami bojowymi. Podzieliłbym ich na zwykłych zakapiorów z mieczami, łukami, bądź włóczniami, którzy różnią się od
siebie jeszcze zbroją. Dodatkowo każdego z nich musimy pokonać w inny sposób (Persa w ciężkiej zbroi zabijemy jedynie poprzez dobicie go, gdy leży na ziemi, za to wroga uzbrojonego w tarczę będziemy musieli najpierw jej pozbawić), co umila rozgrywkę i wymusza na nas trochę myślenia oraz używania różnych broni. Oprócz Persów, na swej drodze napotkamy bojowe słonie, nosorożce, „nieumarłych wojowników”, bossów, oraz wiele innych pokrak, które wejdą pod nasz miecz. Zatrzymajmy się na chwilkę przy bossach, którymi zwykle są dowódcy perskiej armii. Walki z nimi wyglądają dość schematycznie. Najpierw staramy się wychwycić wszystkie możliwe ataki przeciwnika, których nie posiada zbyt wiele. Następnie zniszczyć jego pancerz (jeśli takowy posiada) i dobrać się do niego. Rzadko kiedy wróg zmusi nas do wymyślenia jakiejś ciekawszej strategii niż blok, blok i atak. Dlatego pojedynków z bossami nie zaliczę do ciekawszych przeżyć. Mogę powiedzieć, że są wręcz nudne i większą satysfakcję przynoszą sieczki z zastępami armii Kserksesa. Jakby twórcy wprowadzili jakiś szybki quickevent przy dobijaniu bossów, aby było widowiskowo i mega krwawo, to może walki zostałyby poratowane. Jednak jest, jak jest.
Jeśli chcecie, możecie odejść. My, Spartanie pozostaniemy tu aż do śmierci lub wygranej bitwy.
Jak wspominałem gra to czysta sieczka, ale zawiera elementy ją umilające. Leonidas może dobijać w efektowny sposób swych przeciwników, gdy leżą na ziemi. I tak przy pomocy miecza wykonamy nim dziurkę w brzuchu wroga, znowu dzięki włóczni uziemimy wroga na parę sekund do podłoża, lub raczej powinienem powiedzieć na zawsze, bo już nigdy nie wstanie. Włócznia spełni rolę także oszczepu, którym ciśniemy w przeciwników. Oprócz zwykłego poruszania się Leonidasem oddano nam pod kontrolę Falangę, czyli formację, w której kierujemy kilkoma Spartanami. Głównym celem w tych krótkich momentach jest przedarcie się do danego punktu. Falanga posiada dwa rodzaje ataków oraz możliwość bloku, jak i ochrony przed Perskimi strzałami. Właśnie perski ostrzał miał być wizytówką tego tytułu. Deszcz strzał zalewający całe pole bitwy miał przyprawiać o zawrót głowy. No i cóż znowu twórcom nie wyszło. Strzały, które powinny robić niezłe zamieszanie w naszych szeregach, robią to, ale w armii nieprzyjaciela, a konkretniej mówiąc, wycinając ich w pień. Co to za ostrzał, gdy własny oddział wybija się do nogi. Bezsens.
Dobry Pers, to martwy Pers
Graficznie gra stoi na poziomie zbliżonym do Ghost Ridera. Nie zachwyca, nie powala, ale cieszy oko. Lokacje zwykle są jednolite (tonacja żółta, piaski, ściany wąwozu), lecz zdarzają się perełki, jak świątynia Posejdona. Lokacje są dość rozbudowane, jednak niosą ze sobą ogromne ograniczenia (widzę, że mój bohater mógłby się przecisnąć w daną wnękę, a jest zablokowany przez niewidzialną ścianę). Większość misji toczy się w czasie dnia na świeżym powietrzu, dzięki czemu możemy podziwiać piękne
niebieskie niebo oraz bezmiar oceanu wraz z falami, które wdzierają się na arenę walki. Ogólnie otoczenie prezentuje dobry poziom, jednak w szczegółach jest pies pogrzebany, które tutaj chyba w ogóle nie występują. Wszystko to zwykła bitmapa, naklejona na trójwymiarowe ściany. Mówiąc po prostu minimalizm. Wiem, że nasza konsolka jest w stanie wyciągnąć znacznie więcej, choćby wspomnieć bardzo dobrego Daxtera. Postacie są kwadratowe. Nie mówię tylko o NPC, ale także o Leonidasie, który przypomina mi Raziela z pierwszego Soul Reavera, tylko w skórze. Król ma wcięcie w talii, jak jakaś bogini. W dodatku mięśnie ma kwadratowe (może pakował na wzór Pudziana?). Ogólnie postacie są kwadratowe, choć już ruchy mają świetne. Wyglądają jak wyglądają, ale tego im nie odbiorę. Widać, że do tego elementu twórcy się przyłożyli i nie mamy ruchów a'la robot. Filmiki zrobione są na bazie pięknych komiksowych artów. Może to niektórych razić, jednak jak dla mnie one najlepiej oddają klimat tamtych lat
Szczęk mieczy, świst strzał
Muzyka to chyba najmocniejszy punkt tej pozycji. Od przepięknego wprowadzenia w menu, poprzez całą grę, kończąc na genialnej końcówce. Jednak jaka tu zasługa twórców, jak większość utworów wyjęta jest wprost z kinowej produkcji. Można powiedzieć, że się czepiam na siłę, więc przymknijcie na to oko. Ost jest genialny i polecam przesłuchać go samemu na komputerze. Gra posiada pełny dubbing w każdym momencie, czyli nie uświadczycie miejsca, w którym zostaniemy zmuszeni do czytania, wszystko jest odczytywane przez aktorów. Oczywiście głosów użyczyli ci sami artyści, co w filmowej adaptacji.
Przechodniu powiedz Sparcie, że tu…
Po zaliczeniu gry (trwającej marne 5h), pozostaje nam ponowne jej ukończeniu w celu odblokowania reszty dodatków, które za pierwszym razem pominęliśmy, jak i ulepszenia wszystkiego, co możliwe, na maksymalny poziom. Tylko się pytam, kto drugi raz da się namówić na przejście tego tytułu? Ja od razu spasowałem. Gra nie jest warta nawet tych 5h. Ma fajny klimat i muzę, ale reszta nie trzyma poziomu. 300 March to Glory może zawitać w twej kolekcji, jako najlepszy, jak na razie, dostępny slash’er. Jeśli nie lubisz tego gatunku, odpuść. Jeśli nie zaliczyłeś innych świetnych tytułów, to szkoda kasy na tą grę.
Za recenzję dziękujemy serwisowi www.psp-team.giery.eu




Delicious
StumbleUpon
Reddit
Facebook
Wykop.pl
Gwar.pl
Odpowiedzi
Re: 300: March to Glory
Klimer (niezweryfikowany) - 13 maj, 2007 - 15:52cholera!!!!!! ZABIJE WAS!!! [smiley=happy]
trzeba było pisać na samym początku że to recka z psp-team!!!! to nie czytałbym tego drugi raz :P tzn kiedyś już to czytałem tam (dłuższy czas temu), a myślałem ze tu coś innego :P
szczerze, nie zauważyłem :P
Re: 300: March to Glory
Man_iac (niezweryfikowany) - 28 maj, 2007 - 16:06To jak nie zauważyłeś, to co Ci szkodzi przeczytać drugi raz? [smiley=laugh]